Krzysztof Pankiewicz (1951–2009)

W maju minęło 11 lat od śmierci Krzyśka, ważnego członka naszej wspinaczkowej wspólnoty. Obdarzony silnym społecznym instynktem, był duszą różnych przedsięwzięć, czterokrotnym prezesem Łódzkiego Klubu Wysokogórskiego, członkiem zarządu PZA oraz kierownikiem i organizatorem wielu wypraw himalajskich. Skała i zimowe przejścia w Tatrach, Dolomitach i Alpach, to było jego boisko, a góry ojczyzną z wyboru.
Aleksander Warm Ludwik Wilczyński
czwartek, 11 lut 2021

 

Olek:

 

«Zrąb tak gładki, że nigdzie nie wścibić paznokcia.

Postawsięż teraz w tego lisa położeniu!

Inny zwierz pewno załamałby łapy

I bił się w chrapy,

Wołając gromu, ażeby go dobił:

Nasz lis takich głupstw nie robił;»

 

Zdaniem Krzyśka wieszcz Adam z genialną intuicją przeczuł powstanie i rozwój naszego sportu: przecież to dokładnie o nas, wspinaczach skalnych i alpinistach!

 

1969...

Poznaliśmy się w 1969, na pierwszym roku studiów na Wydziale Chemicznym Politechniki Łódzkiej. Skąd się tam Krzysiek wziął pozostało dla mnie tajemnicą. Był dumny ze swoich zainteresowań humanistycznych i pocieszał się, że chemicy są najmniej «techniczni» ze wszystkich inżynierów. A jednak, choć bez przekonania, dobrze sobie na tych studiach dawał radę, włącznie  z doktoratem w nieco około chemicznej dyscyplinie, jaką była medycyna pracy. Ale jednak to nie było TO. W szkole uprawiał lekkoatletykę, biegi na średnie dystanse a jeden z jego szkolnych kolegów był taternikiem (jak to się wówczas zwało), więc i on się tą aktywnością zainteresował… Zbieg okoliczności sprawił, że i ja bylem początkującym “taternikiem” więc tak to się zaczęło.         Krzysiek miał wszelkie cechy predestynujące go do kariery we wspinaniu i alpinizmie: przygotowanie fizyczne, „zacięcie” sportowe, ambicję, wytrwałość w dążeniu do celu... Ale i duże poczucie humoru i dystans, które sprawiały, że dawało się robić postępy i realizować cele wprawdzie na serio, ale „z uśmiechem na ustach”. Po paru latach okazało sie, że dla Krzyska nie chemia i nie literatura piękna, ale właśnie wspinanie i góry są najważniejsze. To była fascynacja i źródło radości. To było TO!     

Początki, to rok 1969 i wczesne lata 70-te XX. wieku. Po ukończeniu podstawowych kursów Krzysiek wspinał się bardzo dużo, więcej niż było wówczas w zwyczaju, co skłoniło jednego z łódzkich zasłużonych instruktorów do złośliwości w rodzaju, że „coś mu ta ilość nie przechodzi w jakość”. Nic bardziej błędnego! W drugim sezonie były juz drogi  o trudnościach V/VI, ale i nieuchronne „learning on job”. Te nowe nauki i nauczki pobierane były zwykle w niekonwencjonalny sposób, często zabawny, czasem niebezpieczny... I tak na wyjściu z drogi Łapińskiego na Kazalnicy wskutek odpadnięcia Krzyśka z urwanym chwytem zawiśliśmy we trójkę na jednym haku, wbitym „pro forma”... 

Były tez inne upokorzenia: wieczorem podszedł do naszego namiotu na taborisku w Morskim Oku blond-sąsiad z pytaniem czy moglibyśmy mu pożyczyć deskę. „A weź sobie jakąś deskę, kilka leży za namiotem” – na to Krzysiek. A sąsiad: ale deskę do wspinania... Krzysiek: ahaaa... do wspinania to nie mamy. Sąsiad okazał się o parę lat od nas starszym Maniusiem Piekutowskim, a my zrozumieliśmy co to jest deska do wspinania, zwana tez potocznie „dupowsporkiem”. Na następny sezon zmajstrowaliśmy sobie w mojej piwnicy ten wówczas niezbędny rekwizyt i inne przydatne akcesoria do techniki hakowej („jedynki” z twardej stali, ławeczki!) i wschodnia Mnicha oraz Kazalnica stanęły dla nas otworem...  Ale i tu nie bez przygód, na ogół zawinionych. Oto odpadam na drugiego w okapie na „Wariancie R” na Mnichu i zawisam parę metrów od „stałego lądu”. Z Krzyśkiem, który mnie asekuruje z góry, nie mam kontaktu wzrokowego, ale mozolnie i bez pośpiechu wychodząc po linie słyszę jego jękliwe narzekania i ponaglenia. I wreszcie gdy docieram nad krawędź okapu i widzę Krzyska, rozumiem jego zniecierpliwienie – asekuruje mnie przez cały czas „z ramienia”, jak nas na kursach uczyli – bolesne doświadczenie...  Ale nauka nie poszła w las. Przy następnej analogicznej okazji, tym razem na drodze Horaka i Lipczyńskiej na Ciężkiej Turni już mnie asekurował komfortowo i bezboleśnie z haków stanowiskowych.  

Krzysiek lubił hakówki, bo – jak mówił - pozwalały się znaleźć w malowniczych skalnych formacjach, niedostępnych inaczej. A jednak – nie wyobrażaliśmy sobie tego wówczas – te „niedostępne formacje” wkrótce, dzięki rozbiciu dziur po hakach, ale przede wszystkim postępom w technice wspinania i sprzęcie, staną się jednak dostępne (choć nie dla wszystkich...). W tym nowym świecie wspinania klasycznego, a później i sportowego Krzysiek odnalazł sie świetnie – zarówno dzięki przygotowaniu gimnastycznemu, jak i wrodzonej, czy też pozostałej z lekkoatletycznej młodości, żyłce „zawodniczej”.  

Fot. 1. Krzysiek „haczy” na Kazermie w Skałach Kroczyckich

Fot. 2. Kazerma: wyjście z okapu

Fot. 3. Skały Kroczyckie. Friendów jeszcze nie było...

Późne lata 70-te...

Po pierwszych kilku sezonach, kiedy byliśmy prawie „nierozłączni”, zaczęliśmy się jednak wspinać również z różnymi partnerami i z oczywistym pożytkiem dla nas obu. Z podziwem, dumą, ale i pewną zazdrością obserwowałem postępy Krzyśka we wspinaniu skalnym. Nasze drogi schodziły się jednak od czasu do czasu, zarówno w Tatrach, jak i w innych górach. I tak  w 1978 roku znaleźliśmy się obaj w ekipie PZA, której celem było 1. przejście zimowe drogi Comici-Benedetti na pn-zach. ścianie Civetty w Dolomitach. To była druga polska próba przejścia tej długiej, niełatwej (nawet jak na XXI-wieczne standardy...) i skomplikowanej drogi. Próba pierwsza (bez Krzyśka), rok wcześniej, załamała sie na widok ośnieżonej olbrzymiej ściany... Rozsądek zwyciężył i zespół wyszedł z twarzą decydując się na cel zastępczy, jakim był filar Piussi’ego na pobliskiej Cima su Alto. Ale tym razem, w 1978, już nie było wymówki. Nasz zespół składał się z 4 wspinaczy: Wojtka Jedlińskiego, Zbyszka Laskowskiego, Krzyśka i mnie. W ścianę „wbiliśmy się” z desperacją i pomimo regularnych opadów śniegu walczyliśmy 5 dni aby pokonać zaledwie połowę z 1300-metrowej zerwy. Nie było rady, trzeba było zjeżdżać. „Po zawodach...” skwitował sprawę Krzysiek gdy wylądowaliśmy w zaspach pod ścianą. I tyleż sakramentalne, co niezobowiązujące „wrócimy”.

Fot. 4. 1978: Po porażce na Civetcie, w Alleghe (Krzysiek po lewej)

Ale tak się złożyło, że rzeczywiście wróciliśmy, i to już następnej zimy, choć w trochę innym składzie: Wojtka Jedlińskiego i Zbyszka Laskowskiego zastąpili Marek Serwa i Zbyszek Wach. Można powiedzieć że Krzysiek był spoiwem tego zespołu, bo chyba tylko on wspinał się uprzednio z każdym z pozostałych uczestników.

Tym razem udało się. Dziesięć i pół dnia umożliwiającej działanie pogody: wspinanie, ciągnięcie worów, małpowanie... Mrożących krew w żyłach przygód na szczęście nie było, a literacki opis wycieczki zawdzięczamy Zbyszkowi („Zrobiliśmy Comiciego” w zbiorku „Biwak nad Białą Wodą”, Gliwice 1993). Było to na pewno jedno z lepszych osiągnięć w długiej górskiej karierze Krzyśka.

Fot. 5. 1979: Na wierzcholku Civetty  

Fot. 6. 1979: Alleghe – Krzysiek trzeci od lewej

1980-...

Zeszliśmy się jeszcze raz z Krzyśkiem na łódzkiej wyprawie na Annapurnę II w 1980 roku. Była to wyprawa nieudana, a niektórzy uczestnicy otarli się o śmierć. Ekspedycja została przerwana wskutek groźnego wypadku lawinowego, z którego dwóch kolegów cudem wykpiło się mniejszymi lub większymi obrażeniami (to nie Krzysiek). Ale to nie był koniec niebezpieczeństw czyhających na himalaistów...   

W drodze powrotnej na biwaku w dżungli tubylec z pobliskiej wioski sprzedał nam mięso z upolowanej kozicy i miód dzikich pszczół. Był to uczciwy człowiek: ostrzegł nas, że tego miodu nie należy spożywać „na surowo”, ale dopiero po przegotowaniu, a najlepiej po odczekaniu paru miesięcy. A może jeszcze lepiej w ogóle nie, żartowaliśmy sobie z prostego wieśniaka: coś tam bredzi... My, wielkomiejscy Europejczycy, z bądź co bądź wyższej kultury, wiemy lepiej... No i wieczorem spróbowaliśmy obu specjałów. Mięso było twarde, a zaś miód... Strachliwi zażyli po łyżeczce, odważni – a było ich dwóch i Krzysiek do nich należał -  bez specjalnych ograniczeń.

W nocy obaj wypełzli z namiotów aby się wysiusiać, ale nie byli w stanie doprowadzić się do pozycji pionowej, a to wskutek paraliżu mięśni postępującego od nóg w górę. Wkrótce zaczęli umierać z duszności wskutek częściowego paraliżu mięśni oddechowych! Ostatkiem sił wszczęli alarm. To miód zawierał zabójczy alkaloid, a tubylca było nie lekceważyć... Na szczęście nasz doktor poznał się na sprawie i zaaplikował im jakieś skuteczne antidotum, ratując kolegów i reputację łódzkiego alpinizmu wyprawowego.

Później widzieliśmy się z Krzyśkiem sporadycznie, przy okazji jego wycieczek do Szwajcarii, między innymi na wspólnej wspinaczce na „plaisirową” La Stradę w Grimsel, i przy okazji moich rzadkich wizyt w Polsce. Należeliśmy już do różnych światów. Została garstka wspólnych wspomnień...

Był wszechstronnym i kompletnym alpinistą: od świetnego skałkowca i zawodnika do kompetentnego himalaisty, poprzez cale spektrum alpinistycznych specjalności pomiędzy tymi dwiema dyscyplinami. I – last but not least – fajny chłop z niego był…

 

Ludwik:

Właśnie, świetny gość. To moje pierwsze wrażenie ze spotkania przed wrocławską wyprawą na Manaslu w 1984 roku. Znaliśmy się przelotnie, bo wtedy wszyscy się znali, a za sugestią Komisji Sportowej PZA mieliśmy obaj stanowić wzmocnienie tej ekspedycji, co ustawiało nas również jako partnerów. Z Krzyśkiem zawsze rozmawiało mi się dobrze. Obaj mieliśmy w tamtych czasach kłopot z utrzymaniem poważnego tonu. Każdy temat, nawet poważny, zgodnie przeplataliśmy żartami z dodatkiem błazenady. Dla Krzyśka, co entuzjastycznie wspierałem, „frazowanie”, czyli „praca” nad formą nawet bzdurnych żartów, była nieodłączną częścią rozmów. Wszyscy, którzy spędzili z Nim sporo czasu, pamiętają tworzone na gorąco poprawki do  własnych powiedzeń, czy opowieści. „Nie, nie, nie…albo inaczej” i tu padała lepsza wersja wypowiedzi, powitania, czy komunikatu.

Fot. 7. Manaslu 87. Pan Krzysiu to był sportowiec

W latach 1984 – 1987 spędziliśmy dużo czasu w Himalajach: Manaslu 84, Kangchenjunga 86, i Znowu Manaslu 87. O ile pamiętam, w czasie karawany pod Kangchenjungę odkryliśmy wspólną miłość do Mrożka. Jeden z rysunków pana Sławomira położył się cieniem na naszych rozmowach. „Powiem Ci jedno, Jack, cholernie nie lubię jazdy konnej” – mówi kowboj jadący na hulajnodze do kowboja na koniu. Ten rysunek zainspirował Krzyśka i mnie do  zaczynania prawie każdej kwestii od „Powiem Ci jedno Jack…”. Ponieważ obaj lubimy powtórzenia, skończyło się na wzajemnym tytułowaniu się per Jack a zdanie „ powiem ci jedno Jack – cholernie nie lubię himalaizmu” towarzyszyło nam w górach często, żeby nie powiedzieć natrętnie.

Fot. 8. Podlesice, początek lat 90. Kombatanci zimowej wyprawy Kangchenjunga 86. Od prawej: Krzysztof (z-ca kier.), A. Machnik (kierownik), L. Wilczyński (szeregowiec)

Krzysiek był pesymistą. Pogodnym pesymistą. Nadchodzące problemy i nieszczęścia wietrzył profesjonalnie. W czasie karawany w 84., kiedy siedzieliśmy dużą grupą w jakiejś wiosce, dostaliśmy od sirdara wiadomość, że jakiś bęben wpadł do rzeki. Tragarz na szczęście ocalał. Pan Krzysiu smutno i poważnie powiedział: „wiem, to mój bęben” i, o dziwo, to był naprawdę jego bęben z większością górskich ciuchów. Bęben zamknięty na dużą, błyszczącą kłódkę. Co ciekawe, drugi bęben z resztą jego sprzętu został „odkulany” przez złodzieja, z bazy na lodowcu Pungen w noc przed wyruszeniem powrotnej karawany. Bęben starannie spakowany i oczywiście zamknięty na dużą, błyszczącą kłódkę.

Zapobiegliwość połączona z nieszczęściami tego typu budziła naszą trochę podłą wesołość zamiast współczucia. Przezywałem go Panikiewicz, twierdząc że polaryzuje problemy. Pan Krzysiu rewanżował się frazą: „Jack, jesteś lekkomyślny. Jak przestanę się tobą opiekować, to po prostu zaginiesz.”

Pan Krzysiu był człowiekiem wrażliwym i relacje pomiędzy wspinaczami a pracownikami bazy i tragarzami obchodziły go bardzo. Pamiętam nasze rozmowy o traktowaniu tak zwanych „dzikich”. Ustaliliśmy, że to polskie szamotanie się pomiędzy fraternizacją i postkolonialną pychą, wynikało z faktu, iż wychowanie otrzymaliśmy zróżnicowane, żeby nie powiedzieć chaotyczne. Internacjonalizm socjalistyczny w połączeniu z troską kościoła świętego o nasze dusze, dawał często efekty nieprzewidywalne. Młody człowiek szamoczący się we wczesnej młodości między rodziną, szkoła i parafią, przeważnie sam dokonywał kompilacji wtłaczanych mu wartości i nie były to zazwyczaj jednorodnie katolickie, lub socjalistyczne zestawy. Wrażliwość na biedę sąsiadowała z okazjonalnie chamskim traktowaniem pracowników bazy, bo nie dało się połączyć ich biedy z naszym  brakiem środków.

Fot. 9. Krzysztof i Wojtek Szymański w gompie pod lodowcem Pungen. Manaslu 1987

Wspólnie za wzór uznaliśmy brytyjską, solidną relację szef – pracownik, która ustawiała wszystko według kolonialnych wzorów, ale bez fałszywych sytuacji w których „biały” wspinacz na pytanie „tea or coffee Saab?” odpowiada: nie, dziękuję, sam sobie zrobię”, co dla lokalnych pracowników było sugestią bezużyteczności (za co tu płacić?). Pan Krzysiu uwielbiał sytuacje w których „biały człowiek” wychodził na idiotę, ponieważ „wiedział lepiej”. Siebie z tej zabawy nie wyłączał i chętnie opowiadał przytoczoną przez Olka historię o spożyciu miodu z alkaloidami.      

Nam przytrafiła się przygoda z tej serii w czasie karawany spod Manaslu w 87. Właśnie wtedy budowano drogę w skalnym urwisku ponad przełomem Buri Gandaki, drogę skracającą etap o połowę. Schodząc w dół biegu rzeki, natknęliśmy się na piękne kamienne schody stanowiące górny kraniec inwestycji, o której przedtem tylko słyszeliśmy. Ruszamy w górę, ale z pobliskiego szałasu wybiega biednie ubrany urzędnik, który z dużym zaangażowaniem wyjaśnia, że jest niebezpiecznie - droga nie skończona, a „blasting time” za pół godziny. Pytamy czy wszyscy schodzą  w czasie wysadzania. Nie, nie przerywają pracy – odpowiada, jak się okazuje kierownik budowy. „Aaa, w takim razie idziemy”, odpowiadamy. „Dziki” próbuje nas przekonać, aż wreszcie podsuwa kartkę papieru i żąda oświadczenia, że idziemy na własną odpowiedzialność. Ze śmiechem podpisujemy oświadczenie i ruszamy. Autostrada na dwa jaki – mówi Panku.

Nietrudno się domyślić, że po wygodnym początku trudności wzrastają. Teren się powoli degeneruje. Znikają najpierw płaskie kamienie na schodach, robi się gliniasto i ślisko, ale wciąż wygodnie pniemy się w górę, a przepaść nad rzeką zaczyna robić wrażenie. Kiedy droga wznosi się kilkadziesiąt metrów nad rzeką, robi się wąsko nawet dla jednego jaka. Idziemy jednak dalej, inwestycja marnieje w oczach. Teraz to już tylko nachylona ku przepaści ścieżynka. Dochodzimy do przodka robót z tej strony i widzimy kilkunastu pracowników siedzących nad przepaścią na wetkniętych w skalne otwory kijach, połączonych powrósłami uplecionymi z trawy. Gdy tak zdumieni stoimy chwilę, zaczyna się obiecany przez kierownika „blasting time”. Pierwsza eksplozja połączona ze wstrząsami przygina nas do matki ziemi, której tu jest stanowczo za mało dla białych idiotów z wielkimi plecakami. Kilka minut trwa kanonada, której towarzyszy bliski kontakt z przepaścią nad małą już z tej perspektywy Burą Gandaki, jak ją z polska nazywaliśmy. Kiedy kończy się „blasting time”, jesteśmy już strzępami lodowych wojowników.  Robotnicy ze śmiechem podają nasze plecaki za pobliski zakręt a my na trzęsących się nogach pokonujemy ostatni odcinek nad przepaścią, po kijach, powrósłach i śliskich stopniach.

Za chwilę jesteśmy znów na autostradzie dla jaków. Siadamy, coś pijemy, bo w ustach zaschło. Ktoś z nas powtarza nasze ulubione hasło: „biały człowiek wie lepiej”.

Fot. 10. Kangchenjunga 86 – zima. W czasie karawany powrotnej

Pan Krzysiu potrafił szczerze śmiać się z siebie, a historię o białych idiotach nad przełomem Burej Gandaki opowiadał chętnie. Szacunek dla miejscowych nie oznaczał jednak braku czujności. Panku precyzyjnie pilnował finansowych ustaleń, a jego komunikaty o stanie kasy były notorycznie pesymistyczne. Chętnie trzymał kasę i skrupulatnie ciął koszty. Chwile szaleństwa jednak się pojawiały.

Taki moment nastąpił w czasie zejścia z lodowca Pungen, po wycofaniu się ze wschodniej ściany Manaslu w 87. Likwidując obóz na lodowcu, pod ścianą którą próbowaliśmy przejść w stylu alpejskim, wynajęliśmy tragarza z Samy. Miało być dwóch, ale przyszedł jeden. My mieliśmy tylko plecaki ścianowe, więc siłą rzeczy większość sprzętu i jedzenia trafiła do przepastnego kosza naszego tragarza. Szczupły mężczyzna  przed pięćdziesiątką, ubrany w zniszczony garnitur i trampki, bez słowa wziął dwa ładunki za podwójną opłatą i ruszyliśmy.

Już na zejściu zauważyliśmy niezwykłą koordynację i grację z jaką poruszał się nasz znajomy. Panku uwiedziony siłą i elegancją ruchów szedł za tragarzem i co jakiś czas mówił do mnie: „no zobacz – artysta!” Kiedy podchodziliśmy do bazy pod normalną drogą na Manaslu, zatrzymał mnie i powiedział: „Słuchaj, musimy mu zapłacić podwójnie. Takiego fachmana jeszcze nie widziałem”. Zapłacił oczywiście, a styl pracy tego człowieka próbowaliśmy naśladować w czasie karawany w dół. Naturalnie dobrze nam wychodziło z plecakiem dwadzieścia kilo (nasz idol niósł przecież ponad sześćdziesiąt), ale jednej rzeczy powtórzyć nam się nie udało. Wielokrotne próby wydania z siebie potężnych  świstów – wydechów nie powiodły się. Panku zaciekle trenował, ale dobry świst – wydech trafiał mu się tylko od czasu do czasu.

Pan Krzysiu, jak każdy z nas oprócz zalet posiadał też słabości. A i tak słabość do kobiet i alkoholu stanowiła jedną z wielu jego zalet. Kobiety go po prostu lubiły a alkohol pomagał mu żyć po kolizji z zimowym himalaizmem w  sezonie 1996/97. Panku, jak wielu wybitnych wspinaczy od czasu do czasu dawał się namówić na ten rodzaj himalaizmu, przy czym jego możliwości techniczne, odwrotnie niż u Jurka Kukuczki, znacznie przerastały możliwości, nazwijmy je surwiwalowymi. Andrzej Zawada cenił Krzysztofa jako wspinacza i organizatora a on lubił i szanował Andrzeja. Tak więc Pana Krzysia potrącił walec zwany zimowym himalaizmem. Ze Zbyszkiem Trzmielem osiągnęli wtedy ok 7800 m, co przez wiele lat było na Nanga Parbat rekordem. Stracił palce stóp, a dodatkowo z humorem borykał się ze znanym powiedzeniem Lidera, że inteligentni wspinacze się nie odmrażają. Jak wiemy inteligentni wspinacze dzielą się na tych którzy się odmrozili, tych którzy odmrożeń nie doznali i tych, którzy nigdy nie pojechali zimą deptać śnieg w Himalajach. Ta trzecia możliwość słusznie dominuje dzisiaj wśród wybitnych wspinaczy technicznych.

Fot. 11. Miss Hawley, Mike Skorupski i Krzysztof – spotkanie z kronikarką himalaizmu po zimowej wyprawie Kangchenjunga 1986

Krzysiek bywał w górach i wspinał się do końca. Wspinanie i bycie w górach było dla niego wartością wyższą niż przynależność do wspinaczkowej czołówki. Był poza tym nie tylko obdarzony instynktem towarzyskim, ale i społecznym. Prezes Łódzkiego Klubu Wysokogorskiego w latach 1985 – 90 i 2002 – 2009, organizator spotkań „Łojantów” w Morskim Oku, członek zarządu PZA i mocny punkt organizacji każdej ekspedycji, w której brał udział czy to jako kierownik, czy jako uczestnik.

Pan Krzysiu nie opuszcza łatwo naszej pamięci. Kilka razy w schronisku przy Morskim Oku wydawało mi się że go widzę, ale sprytnie zamieniał się w  kogoś tylko z dala do niego podobnego. Całkiem możliwe, że gdyby się dobrze zaczaić, przyłapałoby się go jak łazi po schronisku wieczorną porą.

Wybór sportowych dokonań Krzysztofa znajdziecie tu: https://www.goryonline.com/krzysztof-pankiewicz--1951-2009----in-memoriam,6540,i.html

Fot. 12. Baza po Manaslu 1987. Krzysztof po naszym cudownym ocaleniu (wycof z połowy ściany tuż przed tygodniowym załamaniem pogody).

____________

Artykuł publikujemy za zgodą autorów. Oryginalny tekst ukazał się na portalu Wspinanie.pl dn. 20 maja 2020. 

Aleksander Warm, Ludwik Wilczyński (2020) Krzysztof Pankiewicz (1951-2009): „fajny chłop z niego był”, https://wspinanie.pl/2020/05/krzysztof-pankiewicz-1951-2009-fajny-chlop-z-niego-byl/